środa, 11 lutego 2009

Teaser

Zamierzam rozpocząć cykl nowych recenzji, poświęconych grom RPG. Jego pierwsza część ukazała się jakiś czas temu, obecnie chcę do niego wrócić. Wnikliwi czytelnicy być może zauważą o co chodzi, reszcie pozostaje czekać :-). Mam ogromną nadzieje, że tekst pojawi się na blogu już jutro.

wtorek, 10 lutego 2009

Mistrzowie Horroru - Sny w domu Wiedźmy

Jakiś czas temu trafiłem na serię "Masters of Science Fiction". Każdy z odcinków miał podobną formę: otóż za scenariusz oryginalny lub na podstawie dzieła znanego pisarza brał się jakiś dobry reżyser (można rzecz mistrz w danym gatunku) i tworzył godzinny film telewizyjny. Pomysł i serial bardzo mi się spodobały, dlatego z zaciekawieniem sięgnąłem po siostrzaną serię "Masters of Horror". Przeglądając listę odcinków trafiłem na coś, co zmieniło mój zamiar oglądania ich w porządku chronologicznym. Czym prędzej sięgnąłem po "Sny w Domu Wiedźmy" na podstawie opowiadania H.P.L-a.

Opowiadanie cieszy się mieszanymi opiniami. Derlech skrytykował je jako nędzne, jednowymiarowe i przewidywalne, ale jednocześnie wysłał je bez wiedzy Lovecrafta do "Weird Tales", gdzie zostało przyjęte. Ja osobiście lubię je za duszną atmosferę, ciekawy pomysł rzeczywistości odłączającej się od głównej i coraz bardziej wypaczającej, więżącej głównego bohatera, aż do smutnego końca.

Filmową wersję powołał do życia niejaki Stewart Gordon. Patrząc na jego filmografię widać, że klimaty H.P.L-a nie są mu obce, skoro na jego koncie znajdują się takie filmy jak "Re-Animator" czy "Dagon". Role powierzył stosunkowo nieznanym aktorom: Ezra Godden, Chelah Horsdal, Campbell Lane i Davidowi Nyklowi, co działa na korzyść odcinka.

Film zaczyna się od problemów młodego studenta wydziału matematyki na Uniwersytecie Miscatonic, który chce wynająć pokój, w którym mógłby spokojnie dokończyć pisanie pracy magisterskiej. Trafia do obskurnej rudery, której właścicielem jest równie odpychający i niekulturalny jegomość. Po zajęciu dziwnego i niewymiarowego pokoju, rozpoczynają się kłopoty. A to szczury, a to zawodzenia sąsiadów, Walter Gillman nie może się skupić na pracy, a co gorsza zaczynają się wokół niego dziać dziwne rzeczy. Gordon prowadzi narrację stosunkowo blisko i wiernie w stosunku oryginału, na tyle, na ile pozwalają mu na to zmiany, jakie wprowadził do scenariusza. Podstawową różnica pomiędzy jego wersja, a wizją Lovecrafta jest epoka. Reżyser poszedł poniekąd za ideą pisarza i osadził opowieść w czasach sobie teraźniejszych. Stąd Walter używa laptopa i żyje w latach dziewięćdziesiątych, a nie w okresie Wielkiej Depresji. Z początku zabieg ten mi się nie podobał (jestem raczej purystą), ale po jakimś czasie zrozumiałem zamiar i go zaakceptowałem. Podobnie rzecz się ma z wątkami dodatkowymi, jakie reżyser zdecydował się w prowadzić. Podczas gdy bohater Lovecrafta był wyalienowanym matematykiem, zasadniczo żyjącym w swoim własnym świecie, Gillman Gordona to współczujący i ułomny człowiek. Jest znacznie bardziej prawdziwy, niż manekin H.P.L-a. Widać to szczególnie w dwóch scenach: raz kiedy pożycza pieniądze młodej matce z dzieckiem, którzy mieszkają po sąsiedzku, a dwa gdy ulega zakusom Keziah Mason. Wątek pierwszy służy właśnie stworzeniu jakiegoś napięcia, nadziei, bazując jednocześnie na motywie porwań dzieci znanym z opowiadania,ale znacznie bardziej schowanym w tle. Za ten zabieg Gordonowi należą się brawa, ponieważ zdołał przekształcić średni motyw w doskonały i zachować ducha.

Jeżeli miałbym mówić o wadach, to chyba wspomniałbym właśnie o niepotrzebnej nagości. Nie przeczę, że właścicielka walorów ma się czym pochwalić, ale uważam, że wprowadzenie "golizny" nie było potrzebne. Po pierwsze nie pasuje ono do klimatów opowiadań HPL-a (nie pamiętam, aby kiedykolwiek Lovecraft opisywał takie sytuacje), po drugie gołe cycki na ekranie mnie nie ruszają, a jedynie skłaniają do ominięcia sceny.

Ogólnie rzecz ujmując, fanom Samotnika z Providence ten odcinek powinien przypaść do gustu. Nie jest to purystycznie wierne przeniesienie jego prozy na ekran, ale dobre i zachowujące klimat, nie rodzące koszmarków jak na przykład "Necronomicon". Polecam każdemu, kto cierpi na głód tego typu filmów i mam nadzieje, że niebawem ujrzymy coś z zapowiadanych nowości: "Szepczącego w Ciemności" HPL Historic Soceity czy "W Górach Szaleństwa" del Toro.

środa, 4 lutego 2009

Samotny Wilk w sieci

Gonzo napisał na swoim blogu o paragrafówkach, więc postanowiłem dorzucić do tematu swoje trzy silver pieces. Strona, którą poleca jest świetna, a znajduje się na niej też opis "Wojownika Autostrady". Grę przeszedłem cała, nawet mam ją (podobnie jak "Wehikuł Czasu") w domu. Do czego dążę, otóż Joe Dever, który napisał cykl, był również autorem sagi o Samotnym Wilku: grze paragrafowej w świecie Magnakai. Pomimo zapowiedzi, nie ukazała się ona na polskim rynku, ale dla osób władających mową Anglów i Sasów jest dostępna on-line pod tym adresem. Na stronie Project Aon dostępne s także materiały dodatkowe oraz część sagi o wojowniku szos. Polecam i zachęcam do lektury. Na zakończenie dodam jeszcze, że Mongoose Publishing (o którym również dzisiaj wspominał Gonzo) wyda jakiś czas temu Lone Wolf RPG oparte na mechanice d20 i rozpoczął od nowa publikację ulepszonych i przeredagowanych paragrafówek. Zainteresowani powinni zajrzeć tutaj.

Z pamiętnika tetryka część druga - miejsca

Po wspominkach natury kombatanckiej o początkach mojego związku z RPG, chciałem opowiedzieć o kilku miejscach, które były dla mnie szczególnie ważne. tutaj muszę od razu zaznaczyć, że nie jestem typem konwentowicza. byłem na kilku, ale głównie na tych, które miały miejsce w Warszawie. Bywałem na Orkonach, dopóki bawiło mnie bieganie jako przebieraniec z piankowym mieczykiem i to w zasadzie wszystko. Stąd opis tych miejsc ograniczy się do mojego rodzinnego miasta.

Klub "Groteka" w Pałacu Kultury
- W zasadzie zawitałem tam jedynie raz i nie spotkałem się z ciepłym przyjęciem. To były bardzo dawne czasy, kiedy o grach RPG mało kto w Polsce wiedział, a gry planszowe ograniczały się do "Bitwy nad Bzurą". Niemniej, placówka zasłużona była dla warszawskiego środowiska graczy i welu z dinozaurów przewinęło się przez jego szeregi.

Klub "Awanturnik" w Domu Kultury "Surma" - trafiłem tam poprzez kontakt z Arturem Szyndelrem. Średnio wspominam grę w tamtej drużynie, głównie za sprawą różnicy wieku pomiędzy mną, a resztą uczestników. Niemniej, wiele się nauczyłem (jak nie prowadzić RPG, jak nie traktować ludzi, jak grać w szachy i o co chodzi w Hero Quest, a wszystko to na sesjach :)). Potem przeniosłem się do drużyny jednego ze współgraczy, która spotykała się na Politechnice.
Politechnika Warszawska - tutaj wciągnąłem się w prawdziwą kampanie w Kryształy Czasu i poznałem kilkoro ludzi, z którymi później przyszło mi grać w najlepsze sesje w moim życiu. Nie pamiętam już dlaczego daliśmy sobie spokój z KC i przerzuciliśmy na WFRP, a później Amber, ale przez długi czas świetnie się bawiliśmy. Politechnika Warszawska zawsze była silnie powiązana z fantastyką, stąd nie dziwota, że działał tam klub, w którym toczyły się po trzy, cztery sesje na raz.
Ś.P. Księgarnia "U Izy" - Pierwsza księgarnia w Warszawie, która zajmowała się w tak wyraźny sposób fantastyką i promowała granie. W pewnym momencie była centrum życia figurkowego i miejscem spotkań fanów. Nie sposób nie wspomnieć ludzi tam pracujących, z których niektórzy siedzą w temacie po dziś dzień i zaliczają się do moich przyjaciół (Gonzo, to do Ciebie!). Księgarnia była tak bliska hobby store, jak pozwalały na to polskie warunki i przaśność początku lat dziewięćdziesiątych.
Staromiejski dom Kultury i Klub "Twierdza" - Mój klub. Działamy w sobotę i niedzielę, a gramy głównie w gry planszowe. Kiedyś była to "kuźnia RPG", potem przyszły fazy gier bitewnych i karcianych. Stała ekipa, bliska ale nie nazbyt bliska znajomość, podobne zainteresowania i luźna atmosfera sprawiają, że bez Klubu żyć się nie da.

Rzecz jasna w Warszawie było jeszcze wiele innych ciekawych miejsc,: Klub "Magii i Miecza", "Rassun", ale nie wspominam o nich, ponieważ moje kontakty były zbyt płytkie i pobieżne.

wtorek, 3 lutego 2009

Śródziemie vs. Hyboria

Ostatnio kupiłem nowy komputer, dzięki któremu mogę powrócić do krainy gier komputerowych "na czasie". Ów heroiczny wysiłek zaowocował przepustką do krainy gier MMO, których jestem cichym fanem. Śmieszna sprawa, bo z początku omijałem je szerokim łukiem, potem zainteresowałem się nimi, by na koniec grać z pasją. Stając więc w obliczu możliwości wyboru, zacząłem rozmyślać w co by tutaj zagrać.

Przygodę z World of Warcraft mam za sobą, więc lidera tej konkurencji miałem z głowy. W zasadzie interesowały mnie dwa tytuły: Age of Conan lub Lord of the Rings Online. Wybrałem tę pierwszą grę. Pomijając aspekty ekonomiczne, towarzyskie i graficzno-rozgrywkowe, zastanowiła mnie ta decyzja. Dlaczego preferuję Hyborię nad Śródziemiem?

Moja przygoda z fantastyką zaczęła się od Tolkiena i "Hobbita". Czytałem go jako mały chłopak, ale pamiętam, że nie potrafiłem się od książki oderwać. Zachłysnąłem się tym niezbadanym, kompletnie nowym światem, wolnym od okowów historycznej poprawności, zgodności faktograficznej i nudnego, określonego biegu dziejów. Jestem człowiekiem, którego zawsze interesowała odpowiedź na pytanie: "A co gdyby...?" U Tolkiena znalazłem coś, czego nie było do tej pory nigdzie indziej: świat pozbawiony trywialności, przaśności i interesujący nawet w aspekcie życia codziennego hobbitów. Potem nadeszła epoka "władcy Pierścieni". Trylogia była dla mnie jak uderzenie obuchem w głowę. Porażająca epickość, bogactwo wydarzeń i rozmach świata mnie powaliły. Byłem w stanie czytać ją (i robiłem to) od początku do końca raz za razem, a potem ulubione fragmenty. Aż chciało się uciec w ten świat.

Widząc moje zainteresowanie fantastyką, mój Tato kupił mi zbiorek opowiadań na okładce którego znajdował się wielki facet z jeszcze większym mieczem, a etykietka głosiła "Fantasy". To był "Conan z Cymmerii" Roberta E. Howarda, w wydaniu alfy. do dziś ten tom i dwa następne uważam za najlepsze, co wyszło w Polsce z twórczości REH-a. Doskonałe tłumaczenie, świetny, purystyczny wybór tekstów, sprawiają, że po dziś dzień wracam do nich z przyjemnością. Najbardziej zafascynowała mnie jednak sama Era Hyboryjska. Przed oczyma miałem cywilizacje które powstawały, rozkwitały i waliły się w proch. Sprytne powiązanie Ery z naszą historią, wlecenie jej realność sprawiły, że wizja Howarda zawładnęła moją wyobraźnią na równi co Tolkien. Znowu zrodziło się jakieś poczucie, że fajnie byłoby się tam znaleźć. Tym razem jednak miałem wrażenie, że Era Hyboryjska jest prawdziwsza od Śródziemia.

W zasadzie uważam tak po dziś dzień. Na pierwszy rzut oka powody są oczywiste: splecenie jej realiów z historią ziemi, osadzenie jej na tej samej planecie w konkretnym, łatwym do odcyfrowania kontekście. Nie wszyscy jednak pamiętają, że sprawa podobnie ma się z Tolkienem. O Śródziemiu pisze on, że jest to kraina, do której mieliśmy niegdyś dostęp, ale zapomnieliśmy o niej i nie dostrzegamy już hobbitów. Przyczyny należny szukać głębiej. Era Hyboryjska Howarda została stworzona jako tło i realia dla przygód Conana. Autor podszedł do tematu z metodyczną dokładnością historyka: ustalił pochodzenie krain i ludów, kierunki migracji, specyfikę klimatu i trzymał się ich z żelazną konsekwencją. choć poszczególne krainy stanowią tło dla kolejnych podbojów i potyczek Cymmeryjczyka, to zdają się tętnić życiem i aktywnością, nie powiązaną z jego przygodami. Ba, w pewne rejony, o których jest mowa i które opisano, Conan nie trafia ani razu. Pomimo tego, że nie pojawiają się one na kartach opowiada, to są w jasny sposób opisane, stanowiąc dalszy, ale nadal żywy plan. Co więcej, ta zbieranina królestw, księstw, baronii i bandyckich włości tworzy dość logiczną układankę której istnienie w takim kształcie jest prawdopodobne i możliwe. Innymi słowy, gdyby stworzyć komputerowy model takiego świata i pozostawić go samemu sobie, istnieje spore prawdopodobieństwo, że zachowywałby się właśnie tak, jak to sobie REH wymyślił.

W przypadku Tolkiena sprawa jest diametralnie inna. Każda z krain Śródziemia jest urokliwa i pociągająca (choć niektóre na swój specyficzny sposób), jednak złożone do kupy, ni cholery ze sobą nie współgrają. Gondor trwa niezmiennie, a Namiestnicy nie śmieją sięgnąć po koronę. Czemu przodkowie Aragorna zwlekają z zawłaszczeniem tronu? Bo wolą być nędznymi Strażnikami? Nie wierzę. Nie potrafię zrozumieć istnienia Bree, zwłaszcza w kontekście z zamożnym Shire, zamieszkanym przez lekko zastraszonych i malutkich hobbitów. Dlaczego Rohan nie próbuje poszerzyć swoich włości i kogo tak naprawdę grabią piraci z Umbaru, skoro nie ma tam żadnych morskich szlaków handlowych. Spoglądając na Śródziemie z perspektywy, widać że jest to kartonowa dekoracja, która ma posłużyć za tło dla sztuki, jaką jest "Władca Pierścieni". Jeżeli dodać jeszcze niezmienność form w jakich przekazywane są legendy, istnienie takich "ostoi pewności" jak Gandalf, idiotyczny układ gór dookoła Mordoru, jasnym się staje, dlaczego wybieram Hyborię. Po prostu kołek na którym zawieszam moją niewiarę potwornie trzeszczy i wygina się pod ciężarem nielogiczności i umowności Śródziemia.

Podsumowując: Vote for Hyboria!

niedziela, 1 lutego 2009

"Black Crusade", rozdział drugi

Na stronie Czarodziejów z Wybrzeża pojawił się drugi rozdział książki "Black Crusade". Zapraszam do lektury.

Wiem, że ostatnio cicho na zwoju, ale zmieniam pracę i byłem odrobinę zajęty, postaram się napisać o kilku rzeczach w przyszłym tygodniu.